Jest wieczór, siedzę w kuchni przy zapalonej lampce u mych nóg bezpiecznie posapuje moja sunia, kocur zajął miejsce na sąsiednim krześle i oddaje się cudownej kociej drzemce, piję ciepłą herbatę z konfiturą z aronii w tle pomrukuje radio – ciepło, cicho, bezpiecznie. Właściwie to zasiadłam z ambitnym planem nauki o analizie pokrycia, jako sposobie na minimalizację kosztów…, ale strasznie nie mam na to ochoty.

Przeczytałam dzisiaj tekst Marka o jego pierwszym ukochanym aparacie fotograficznym i pierwszym zdjęciu i tak te wspomnienia oraz nastrój spokojnego jesiennego wieczora natchnęły mnie do napisania kilku zdań od siebie. Czytałam ten artykuł i oglądałam te zdjęcia naprawdę z wielką przyjemnością. Czułam się tak, jakbym przeniosła się do epoki ślubnych fotografii naszych dziadków. Myślę, że takie monochromatyczne zdjęcia mają tę wielką przewagę nad kolorowymi, że patrząc na nie, zaczynamy się w nie zagłębiać, wchodzić w ich świat, analizować, nasza uwaga skupia się na temacie, drobiazgu (tak, jak te małe otwarte okienka, które są potwierdzeniem toczącego się tam życia, czy zakręcająca w nieznane uliczka, od razu zastanawiamy się, dokąd ona prowadzi i co znajduje się na jej końcu) i zaczynamy je czytać, zastanawiać się, dopowiadać w myślach historię miejsca i ludzi.

Bardzo często współczesne zdjęcia narzucają naszym zmysłom koncentracje na kolorze, kontraście, co sprawia, że często nie widzimy treści, prześlizgujemy się po nich wzrokiem, oglądamy pobieżnie, szybko, wyłapujemy główny motyw i nic więcej. Nawet ich nie drukujemy tylko przechowujemy je w komputerach, często, jako nic nieznaczące bajty, na które rzadko klikamy.

Na koniec: zdjęcie Lecha – bezcenne!

Powrócę do tematu, czyli mojego pierwszego obrazu a nie jest to obraz, który namalowałam sama, lecz TEN, który pierwszy z o b a c z y ł a m.

Myślę, że każdy z nas ma ten pierwszy, który zapadł gdzieś głęboko w pamięci. Zobaczyłam go u mojej babci wiszący w reprezentacyjnym miejscu w salonie. Babcia mieszkała w starej kamienicy, gdzie ściany miały wysokość minimum 3,6m, powieszony był jak dla kilkuletniej dziewczynki bardzo wysoko, był wręcz dla mnie nieosiągalny. Myślę, że jego wymiary nie były większe niż 60 na 80 i namalowany był w technice olejnej. Przedstawiał jesienny las, przez który wartko omijając głazy przepływał górski potok. Pamiętam bardzo dokładnie kolorystykę: złoto-brązowe bukowe drzewa i szarość wody. Jako dziecko często wpatrywałam się w ten obraz i pamiętam moje pierwsze zdziwienia i spostrzeżenia z nim związane. Zastanawiałam się na przykład, jako to możliwe, że obraz jest płaski a ja wiem, co jest blisko i daleko, jak to możliwe, że widzę wodę, że płynie ona szybko i jest chłodna, że głazy są okrągłe, drzewa gubią liście, że jest wilgotno. Teraz wiem, że to perspektywa, głębia, powietrze, światło itd., ale wtedy było to dla mnie zaskakujące, magiczne i pociągające. Jeszcze dzisiaj mogłabym nakreślić ten kadr, bo był to mój ulubiony motyw dziecięcych rysunków a przecież później już, jako osoba dorosła podczas wędrówek po górach widziałam niejednokrotnie takie miejsca, ale TAKIE było tylko jedno.

Czy ten obraz wycisnął na mnie swoje piętno – nie, bo przecież później były o wiele lepsze, piękniejsze, oglądane i podziwiane, ale ten w złotej solidnej ramie, wiszący wysoko na ścianie u babci był pierwszy - dlatego najważniejszy.